Droga do domu. Przystanek 2. – Tasmania

WP_005076
Mimo, że hasło dotyczyło bezpieczeństwa na drodze absolutnie mogłoby być podsumowaniem naszej podróży po Tasmanii. Żadne z nas nie spodziewało się zobaczyć tyle cudnych miejsc i tak różnorodnych. Piękne plaże,  góry, wodospady, jeziora, jaskinie, wydmy, lawendowe pola, lasy tropikalne. Spotkaliśmy delfina, kangury, wallaby, kolczatki, wombaty, pingwiny. Tasmania-Natural State. Yes it is!  Read more of this post

Droga do domu: przystanek 1. – Virginia

24 grudnia po pracy opuściłam Sydney i ruszyłam na zwiedzanie Australii. Początkowy plan by objechać  ją dookoła, wzdłuż i wszerz okazał się zupełnie nierealny, do końca łudziłam się nadzieją, że mi się uda, mam przecież 6 tygodni … w trakcie podróżowania docierało do mnie stopniowo jak bzdurny i nierealny był to pomysł. Read more of this post

„Jest super! Jest super! …więc o co Ci chodzi?”

Szykuję się powoli do opuszczenia Sydney, co nastąpi prawdopodobnie 24 grudnia. Nie, nie spędzę świąt w domu, prawdopodobnie w drodze do Melbourne. Australię muszę opuścić najpóźniej 2 lutego, do tego czasu chcę zobaczyć jej jak największy kawałek. Kiedy myślę o tym, widzę jak okropnie mało czasu mi zostało, by zrobić wszystkie rzeczy, które planowałam a których nie zdążyłam zrobić. Widzę też jak niewiele udało mi się na tym blogu pokazać Wam tego wszystkiego co w  Australii mnie zadziwia, zachwyca, denerwuje albo zastanawia. Nie uda mi się nadrobić roku w jeden weekend nawet gdybym chciała. Kiedy podejmowałam decyzje o powrocie byłam w najgorszym okresie mojego pobytu. Dziś Sydney znów mnie zachwyca i nęci żeby zostać dłużej. To tak  jak na średnio udanej imprezie, siedzę w kęcie, nikt nie polewa, nie prosi do tańca a kiedy wstaję i mówię „czas na mnie”, „będę lecieć” wszyscy swoim „zostań jeszcze”, „nie idź”, „tak fajnie było” zmuszają do ponownego przeanalizowania decyzji. Po najgorszym okresie, o którym nie pisałam nastąpił teraz najlepszy. Do wczoraj przez ostatnie 6 tygodni mieszkałam 3 minuty od plaży Dee Why, jak się mocno wychyliłam widziałam ją z kuchennego okna. Od pierwszego dnia zastanawiałam się dlaczego jedna z koleżanek powiedziała mi tuż przed przeprowadzką, że to jej zdaniem najgorsza plaża spośród tzw. Plaż Północnych. Dochodzę do wniosku, że była zazdrosna. Oceńcie sami…

WP_004026 WP_004031 Dee Why

Przez 6 tygodni przekonana byłam, że to najlepsze mieszkanie jakie mogłam mieć. Do wczoraj gdy na ostatni tydzień przeprowadziłam się do Roz. Jest bosko, mieszkam w dużym pokoju z widokiem na jedną z najsłynniejszych plaż Manly.

WP_004151

W nocy do snu kołysze mnie ocean. Niezbyt długo śnię, bo wstaję o 3.45 do pracy, ale w końcu do pracy idę z uśmiechem na ustach a nie jak na skazanie. Od dwóch tygodni pracuję w fabryce ciast, uszczęśliwiając codziennie moich współlokatorów cytrynowa tartą lub sernikiem z borówkami. Dziś oprócz standardowego pakowania, składania kartonów moim zadaniem było pokrojenie 235 ciast czekoladowych. Można by się pochlastać, gdyby nie to, że obok jest Matt, Michael i Noel, którzy potrafią nawet monotonną pracę uczynić przyjemną.

V__A000
Noel 

Rozstanie z Australią będzie trudne, już to wiem, już przeczuwam, już powoli doświadczam. W ubiegły piątek ostatni raz pływałam na James Craig. Ciężko mi uwierzyć, że to koniec przygody z tym żaglowcem, jeśli tak to zakończyłam go najlepiej jak to możliwe, w ostatnim rejsie dostałam rolę „Main Topman”. W ciągu 9 godzin rejsu miałam 15 minutową przerwę na lunch, poza tym bieganina  po rejach i masztach, berthing party (Adaś jak to po naszemu? brygada cumownicza?), ciągnięcie lin, sterowanie…

WP_003947
Dwie topmenki ;) z Kez na holowniku a w tle James Craig. 

WP_003949
W sobotę ostatni egzamin i pożegnanie z ludźmi ze szkoły.

W niedzielę ostatnia owsianka z Pieterem i mikołajkowe żeglowanie na Woronorze,  o której nie udało mi się jeszcze tutaj napisać.

1507126_10152214270109050_1459356681_n

Pieter and Daniel
Pieter i Daniel – kwintesencja absurdu obchodzenia Świąt bożonarodzeniowych w lecie.  

1474583_10153570251840632_2053109526_n

Powoli żegnam się z ludźmi, z którymi spędziłam niezapomniane chwile. Pożegnałam się już z załogą Never A Dull Moment, z którą w zimie żeglowałam kilka razy podczas zimowej serii regat CYCA.  Nawet jeśli po roli sternika w Sailability zdegradowana zostałam do „mięsa relingowego” (balastowanie) lub  „crazy lady” (jak najszybsze ulokowanie spinakera w forpiku) chwile, które dane mi było przeżyć podczas regat w których bierze udział około 150 jachtów były niezapomniane.  Kto ciekaw polecam film, który zmontowałam z fragmentów nagranych na komórce.

Jest naprawdę super!  …więc o co mi chodzi? Może to jakaś masochistyczna cząstka mnie, może ta racjonalna ale coś stanowczo mi mówi – czas powoli kończyć te prawdopodobnie najdłuższe w życiu wakacje i wracać do domu.  A może to tylko kwestia robaków, które zdiagnozował niegdyś mój przyjaciel…  

pierogi – przejaw nieświadomości zbiorowej

O istnieniu nieświadomej części psychiki każdego człowieka, która wpływa na nasze funkcjonowanie nie trzeba już chyba w dzisiejszych czasach nikogo przekonywać. Nazwisko Freuda – który wprowadził to pojęcie do psychologii jest powszechnie znane. O jego „zbuntowanym” uczniu Jungu słyszało już jednak stosunkowo niewielu a szkoda, bo niesamowity to był umysł a jego koncepcje niezwykle ciekawe i oryginalne, jak choćby ta mówiąca o nieświadomości zbiorowej. Jung próbował dowieść istnienia pewnych nieświadomych wzorców (archetypów) które są obecne w psychice każdego człowieka i wspólne dla wszystkich kultur, narodowości i religii, których istnienie przejawia się w bajkach, mitach, sztuce, obyczajach, rytuałach. Ja dodałabym jeszcze, że również w kuchni. Mój dowód znajdziecie poniżej.

Kiedy przyjechałam do Australii na pytanie o to co jest typowe i oryginalne dla kuchni polskiej chciałam odpowiadać … pierogi! próbując zapomnieć o pierogopodobnych empanadas, które miałam okazję spróbować w Argentynie i Chile. Dosyć szybko przekonałam się, że nikomu tutaj pierogami nie zaimponuję a już na pewno nie przybyszom z Azji. Dumplingi można tu znaleźć wszędzie i w rożnych odsłonach: koreańskich, chińskich, wietnamskich, japońskich, indyjskich, nepalskich…

I tak miałam okazję spróbować chińskich jiaozi, gotowanych na parze w bambusowych koszyczkach – zakochałam się  od pierwszego kęsa, mają aksamitne ciasto, maczane w sosie sojowym smakują wybornie a sam sposób podania też nie jest bez znaczenia.

z krewetkami

Próbowałam też baozi lub też nazywanych tutaj buns.  To ta wielka buła, ciasto przypomina bułki na parze a w środku najczęściej znajduje się wieprzowina, na zdjęciu w wersji wegetariańskiej (nie mam pojęcia czym było to zielone w środku).

baozi   baozi 2

Te duże buły serwowane są na wynos, natomiast w chińskich restauracjach podają je też w babmbusowych koszyczkach w mniejszych wersjach, muszę przyznać, że choć mięsa nie lubię wpałaszowałam też te z wieprzowiną, trzeba je połykać w całości żeby nie uronić sosu, który jest w środku.

z wieprzowiną

Wszędzie też można spróbować japońskich gyoza – oczywiście nadziewane …wieprzowiną.

gyoza

Niejednokrotnie mieszkając z Jayą i Prakashem częstowana byłam domowej roboty nepalskimi momo. Momo można znaleźć wegetariańskie ale przeważnie nadziewane są kurczakiem, zawsze podawane z ostrym sosem.

momo

Tutaj w typowej wietnamskiej zupie pho kolejna odmiana pierogów – won ton . Mówią że to chiński wynalazek ale ja spotkałam je w restauracji koreańskiej, wietnamskiej i malezyjskiej. Często podawane w zupach jak nasze uszka, nadziewane krewetkami ale najczęściej ….wieprzowiną oczywiście!

pho z won ton

Raz zamówiłam też w restauracji indonezyjskiej pierogi nie czytając dokładnie jakie mają nadzienie. Zobaczyłam znaczek, że są wegetariańskie i z przekonaniem, które nosze głęboko już od kilku lat, że  wszystko co wegetariańskie jest smaczne i bezpieczne uraczyłam się pierogami, które jak się okazało w nadzieniu miały tylko dwa składniki … szczypior i czosnek – potem zweryfikowałam nieco poglądy na temat bezpieczeństwa potraw wegetariańskich, szczególnie, że zaraz po lanczu szłam do szkoły masować klientów i w panice próbowałam sobie przypomnieć wszystkie sposoby na zabicie przykrego zapachu z ust.

Jesteśmy chyba dosyć oryginalni w tym, że nadziewamy pierogi owocami i jemy je na słodko. Nana, Taru i Miwa (czytaj Miła) z Japonii nie mogli się nadziwić i dopytywali z niedowierzaniem kiedy mówiłam, że nadziewamy pierogi truskawkami i jagodami „I potem je gotujecie?” pytali z dziwnym wyrazem twarzy, chyba zaciekawienia pomieszanego z obrzydzeniem. Wyobrażam sobie, że wyglądałam podobnie kiedy słuchałam o prażonych mrówkach jadanych na przekąskę w jednym z regionów Kolumbii.

Przekonałam się, że rodzajów pierogów jest niezmierzona ilość, a opisałam tu przecież tylko te, które znalazłam w Sydney, kulinarnie zdominowanym przez przybyszów z Azji i Oceanii. A gdzie tu jeszcze miejsce na włoskie ravioli, litewskie kołduny…itd. itp.

Uwielbiam Sydney za te kulinarne podróże po świecie ale wracam, bo co tu dużo mówić – ruskie najlepsze!

homesick i takie tam

wrong way

Przychodzi czasem taki moment kiedy zastanawiasz się, czy życie stawia przed Tobą przeszkody żeby nauczyć Cię czegoś, pobudzić rozwój, sprawić, że będziesz silniejszy kiedy je pokonasz czy też ktoś kto nad Tobą czuwa daje Ci znak, że coś trzeba zmienić, że to nie ta ścieżka, że lepiej zmienić kierunek.  Trzeba wtedy podjąc decyzję czy walczyć dalej, przezwycieżać, dać z siebie jeszcze troche więcej (nawet gdy ma się wrażneie, że więcej nie dam rady) czy się poddać i zawrócić z obranej drogi, zrezygnować. Niewątpliwie sytuacje takie zmuszają do myślenia co jest ważne i podejmownaia dosyć kluczowych decyzji, których skutek może mieć długofalowe konsekwencje. Taka świadomość też sprawy nie ułatwia. Właśnie w takim momencie jestem.  Bardzo blisko decyzji o nieco wcześniejszym powrocie niż planowałam jeszcze pół roku temu. I z jednej strony dziś mam dosyć tej p… Australii a z drugiej wiem, że kiedykolwiek to nastąpi tak bardzo mi będzie żal ją opuszczać.

każdy ma swoją burkę, turban lub pejsy …

Wraca ostatnio do mnie temat, o którym pisałam na początku mojego pobytu. Różnic kulturowych, tolerancji i naszej natury. Sytuacja, która skłoniła mnie do przemyśleń na ten temat związana była z niedawnymi wyborami do parlamentu i kampanią, którą rozpoczęła partia rządząca, trzeba dodać ówczesna partia rządząca, bo właśnie we wrześniowych wyborach po siedmiu latach władzy Partii Pracy rządy objęła dotychczasowa opozycja.  W środku kampanii wyborczej w gazetach pojawiły się wielkie ogłoszenia z napisem „Jeśli przybędziesz łodzią bez wizy nie będziesz osiedlony w Australii”.  Był to komunikat, który miał informować o zmianie polityki imigracyjnej. Rząd Australii podpisał umowę z rządem Papui Nowej Gwinei, na podstawie której nielegalni imigranci przybywający na łodziach do Australii będą odsyłani właśnie do PNG. Ogłoszenie skonstruowane tak, że przyciąga uwagę i wzbudza emocje. Szybko jednak nasuwa się pytanie „Do kogo jest skierowane?” No bo przecież nie do tych, którzy dopiero mają tutaj na tych łodziach przypłynąć. Według ówczesnego premiera, ogłoszenie skierowane jest do przemytników. Cała zmiana polityki jest wymierzona głownie przeciwko nim i ma również zapobiegać dramatom ludzi, którzy przeprawiają się na przeładowanych i źle wyposażonych łodziach i często w tych przeprawach giną u wybrzeży Australii.  Podczas mojego pobytu wydarzyły się co najmniej dwie takie tragedie, kiedy to u wybrzeży Wyspy Bożego Narodzenia wyłowiono kilkadziesiąt ciał uchodźców, głównie z Iranu i Pakistanu.

byboatnovisa

Nawet jeśli powody wydają się sensowne a nawet szlachetne, jeśli coś takiego dzieje się w środku kampanii wyborczej coś każe szukać drugiego dna. A jeśli jeszcze doda się do tego, że Partia Pracy zaczęła tracić poparcie na rzecz opozycji i szukała nowych zwolenników to pytanie „Na jaką grupę wyborców taka kampania może podziałać?” wydaje się zasadne. No więc na kogo? Na Australijczyków? Na jedną z najbardziej tolerancyjnych i otwartych narodowości na świecie? Isabel moja poprzednia współlokatorka wyjaśniła mi, że jest duża grupa ludzi, najczęściej, z uboższych sfer i słabo wykształconych, którzy darzą nielegalnych imigrantów dużą niechęcią, motywowaną strachem przed utratą pracy na ich rzecz, terroryzmem i ogólnym pogorszeniem bezpieczeństwa w kraju.  Mam jednak wątpliwości co do tego, że są to jedyni adresaci tych ogłoszeń.

Pamiętam jak kiedyś jadąc ze znajomym wykształconym i zamożnym Australijczykiem samochodem mijaliśmy grupę mężczyzn ubranych w tradycyjne muzułmańskie stroje. W tym momencie mój znajomy ze złością w głosie powiedział „Czy oni nie mogliby się normalnie ubierać, są w Australii, nie powinni się tak afiszować, co oni chcą pokazać tym ubiorem?” Zatkało mnie. Nigdy nie powiem, że mój znajomy, że jest rasistą czy nazistą. Wiem, że ma wielu przyjaciół różnego pochodzenia, różnego koloru skóry, różnych narodowości i wiem, że zawsze mówi o nich z szacunkiem i jest ich bardzo ciekawy. Dlatego właśnie tak mnie tym co powiedział zaskoczył. Kiedy wróciła mi mowa zapytałam co się mu stało? Trochę chyba niezadowolony ze swojego wybuchu próbował się bronić, spytałam czy tak samo reaguje na kobiety w sari, które można w Sydney spotkać bardzo często odpowiedział, że nie i na koniec przyznał, że nie lubi po prostu tych Libańczyków, że to mąciwody (takie znalazłam tłumaczenia dla słowa troublemakers). Kiedy po trzech miesiącach spotkaliśmy się po długiej przerwie a ja powiedziałam mu, że pracuję w restauracji gdzie właścicielami są Australijczycy libańskiego pochodzenia głęboko westchnął. Powiedziałam, że traktują mnie bardzo dobrze i że póki co jestem bardzo zadowolona. Wtedy zapytał „A to muzułmanie czy katolicy?”. „Katolicy”. „A widzisz! To dlatego!”  Kiedy spotkałam się z nim po dwóch miesiącach i opowiadałam o tym jak zdecydowałam się rzucić pracę w restauracji ze względu na bardzo nie fajne traktowanie mnie, z ironicznym uśmiechem i udawaną satysfakcją odpowiedział „Mówiłem Ci – Libańczycy!”.

Próbowałam zagadnąć kilka osób i zapytać jak to jest z tą tolerancją, nie każdy chętnie odpowiadał, trochę też opinii próbowałam znaleźć w sieci. Przeważnie ludzie zgadzają się z opinią, że kraj jest tolerancyjny i na podstawie informacji, które znalazłam zdecydowanie mogę powiedzieć, że kraj jest. Obowiązuje tu coś takiego jak polityka wielokulturowości, której ojcem jest nota bene polski profesor Jerzy Zubrzycki, który przez lata był doradcą australijskiego rządu w kwestiach imigrantów. System wspierający integrację przedstawicieli różnych kultur, a jest ich w Australii ponad 100, jest bardzo rozbudowany, od edukacji na każdym etapie wykształcenia, poprzez liczne publikacje na ten temat, wydarzenia kulturalne, po surowe prawo chroniące przed wszelkimi przejawami rasizmu i dyskryminacji.  Za to Australii należy się uznanie, za świadomość, że takie mechanizmy wsparcia i kontroli są potrzebne. Tego się też trzeba od Australii uczyć, że nie można zostawić ludzi samym sobie, integracja wielokulturowych społeczności musi być wspierana przez twarde prawo ale przede wszystkim przez edukację i mechanizmy sprzyjające kontaktom międzykulturowym, wzajemnemu poznawaniu się. Większość z nas ma naturalne skłonności, które każą nam pozostawać w swoich grupach etnicznych widać to bardzo wyraźnie, wszędzie. Moi byli szefowie są Australijczykami, urodzili się tutaj, dobrze mówią po angielsku, mają styl życia jak przeciętny Australijczyk w ich wieku, jednak 90% znajomych i przyjaciół, którzy wpadali ich odwiedzić witało się Libańskim „Kifak?” W szkole w mojej klasie mamy po dwie Czeszki, Włoszki i Japonki. Są dla siebie stałymi partnerkami kiedy uczymy się masażu na sobie nawzajem Dopiero zachęcane, żeby nie powiedzieć przymuszane, przez nauczyciela decydują się na zmianę, jednak zaraz na przerwie powracają do rodaczek . W restauracjach i kafejkach albo widzisz Białych albo Azjatów, wymieszana załoga zdarza się bardzo rzadko, ja sama zdałam sobie sprawę, że szukając pracy nie podejmowałam nawet próby zostawienia swojego CV jeśli widziałam Azjatycką załogę. Nie dlatego, że nie chciałam tam pracować, większość kawiarenek jest bardzo przyjemnych i w stylu jak najbardziej europejskim, choćby moja ulubiona organic cafe, w której zawsze zamawiam Green Tea Cappucino. Po prostu dlatego, że jakoś z góry zakładałam, że nikt mnie tam nie będzie chciał.

WP_002778

Są też w Sydney zdominowane przez różne narodowości dzielnice, które stopniowo poznaję włoskie, greckie, libańskie, hinduskie, chińskie, japońskie czy koreańskie, mamy też nawet podobno polską, czy raczej jak to częściej o nas mówią wrzucając nas, Czechów, Słowaków i Rosjan do jednego wora, wschodnioeuropejską. Wszystko to ma oczywiście ogromne plusy, bo żyjąc w jednym mieście ma się wrażenie czasem, że podróżuje się po całym świecie, szczególnie kulinarnie. Jednak obserwacja tych podziałów, moje codzienne spostrzeżenia i rozmowy z osobami, które są tu znacznie dłużej sprawiają, że dochodzę do wniosku, że nasza natura nie ułatwia nam wcale integracji, nie jest łatwo żyć w tak różnorodnym, wielonarodowościowym, wielokulturowym, wieloreligijnym państwie i nie nabrać uprzedzeń, nie szukać w chwilach złości kozła ofiarnego, nie uogólnić jakiegoś zachowania, które mocno nas drażni w jednej osobie na całą narodowość. I coś mi się wydaje, że właśnie do tych naturalnych skłonności chciał się odwołać Kevin Rudd z kampanią przeciwko nielegalnym imigrantom. Ale może jednak nie docenił dojrzałości australijskiego społeczeństwa, choć pewnie to za daleko wysunięty wniosek. W każdym razie nie mam wątpliwości, że jest w tym kraju cały tłum ludzi, którzy mogą być przykładem na to, że potrafimy te naturalne skłonności przezwyciężać i być lepszymi ludźmi. Przykładem jest Richard, który w rozmowie powiedział mi „Każdy ma taką burkę, turban albo pejsy, które go gdzieś tam w głębi denerwują,  ważne by mieć świadomość, że nie można się na tym koncentrować kiedy spotyka się człowieka, tylko być tego człowieka po prostu ciekawym. ” Amen.

Wywiad z młodą żeglarką

Jest w Sydney polskie radio  i jest moja koleżanka Ola, która rozpoczęła właśnie swoją karierę dziennikarską. Do tego wszystkiego jestem jeszcze ja czyli, według mediów, młoda żeglarka, która na sydnejskich żaglowcach pełni rolę bosmana – miałam okazję przekonać się z bliska, że media kłamią, ani ja przecież młoda ani ja bosman ale co tam – szczegóły …

Historia wywiadu jest taka: Ola szukając tematu na swoją pierwszą audycję poprosiła mnie o pomoc, stopniowo doszłyśmy do tego, że audycja będzie o żeglarstwie, żaglowcach i żeglowaniu w Sydney. Spotkałyśmy się w Darling Harbour, ponieważ Ola chciała mieć w tle „ptaków śpiew”. Znalazłyśmy miejsce gdzie zgromadziło się pokaźne stadko mew i rozpoczęłyśmy. Niestety po kilku minutach mewy odleciały na drugi brzeg w celu prześladowania turystów usiłujących zjeść w spokoju lunchową kanapkę z Subway’a a w miejsce gdzie siedziałyśmy zaczął nadciągać tłum chińczyków ubranych jednakowo w purpurowe przeciwdeszczowe kurtki. Te stopniowo nadciągające 200 – 300 podekscytowanych czekającą je wycieczką osób,  głośnymi rozmowami tuż za plecami zmuszało nas do przerywania co chwilę wywiadu. Niektórzy też widząc dwie blondynki prosili o pozwolenie zrobienia sobie zdjęcia. Otoczyli nas taką masą, że bardziej właściwa wydawała się audycja o historii uprawiania ryżu lub niemożliwych do uniknięcia w Australii produktach Made in China.

Sydney 1 036

Tak czy siak, z przygodami jakoś dałyśmy radę, obie po raz pierwszy. Jeśli ktoś ma ochotę posłuchać naszego debiutu link poniżej, wywiad zaczyna się od 39.17 minuty. Łaskawie proszę, to wcale nie takie proste…

http://www.audycjeradia2000fm.blogspot.com.au/2013/08/audycja-wspolna-100813.html